sobota, 1 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 21



Hermiona weszła z Draco do jej mieszkania, na podłodze nadal znajdowała się się spora plama krwi. Malfoy nie skomentował tego, szepnął cicho zaklęcie i machnął różdżką, posadzka ponownie była nieskazitelne czysta.

-Gdzie masz ten list? -Zapytał Draco idąc za nią do kuchni, rozglądał się po drodze wokół, jak gdyby podejrzewał, że zaraz coś, lub ktoś, rzuci się na nich.

Hermiona nadal miała na sobie płaszcz Malfoya, jakoś nie kłopotała sobie głowy ściąganiem go. Pachniał nim, przyjemnie ją rozgrzewał no i miała na głowie znacznie poważniejsze rzeczy.

-Na blacie w kuchni. -Odpowiedziała i weszła do kuchni, już miała zamiar sięgnąć po list, ale Draco złapał ją za dłoń.

Poczuła dreszcze przeszywające całe jej ciało, przyjemne mrowienie nasilało się w miejscu, w którym jego skóra stykała się z jej. Wstrzymała na chwilę oddech, kiedy kciukiem musnął jej nadgarstek.

- Czy mógłbyś... - "Mnie puścić" dodała w myślach, ale nie mogła wypowiedzieć tego na głos.

Była za bardzo spragniona jego dotyku, żeby teraz sobie odmówić. Owszem, jej rozum wręcz krzyczał, że oszalała i powinna kontynuować znajomość z Maxem, może nawet coś z tego wyjdzie. Nie chciała być sama przez resztę życia.

- Nie otwieraj listu. -Rzekł cicho, a potem puścił jej dłoń.

Wyminął ją, wyciągnął przed siebie różdżkę i rzucił zaklęcie usuwające klątwę. Znali je tylko dobrze wyszkoleni Aurorzy... oraz Śmierciożercy. Hermiona zacisnęła palce na różdżce, kiedy przypomniała sobie kim w przeszłości był Malfoy. I co prawdopodobnie robił. Zaklęcie zadziałało, powietrze przeciął cichy, niski pisk, a czerwona mgła wydostała się z koperty. Zniknęła w powietrzu z sykiem.

Malfoy otworzył kopertę i wyciągnął list bez pytania o zgodę. Przesunął wzrokiem po tekście, a z każdą chwilą jego twarz bladła.

- Do jasnej cholery, Granger, dlaczego musisz zawsze pakować się w jakieś kłopoty? Za czasów szkolnych wyszalałaś się już chyba wystarczająco - Powiedział ostro i podał jej list. - Pakuj się. Nie możesz tutaj zostać, skoro wiedzą, gdzie mieszkasz.

Jeżeli zdołałaś otworzyć kopertę bez przyjęcia na siebie klątwy, to świetnie. Będziesz przydatna. "Zadawanie się ze Szlamami grozi utratą życia. Śmierć zdrajcom czystej krwi... "Jak Ci się podoba takie motto? Według Maximiliana jest za mało dramatyczne. Chyba. Niewiele zrozumiałam z tego co mówił zakneblowany. Jutro w południe przyjdź sama do uliczki obok Dziurawego Kotła, a Twój kochaś zdrajca krwi nie zostanie skrócony o głowę.

Hermiona przeczytała list, a jej dłoń zaczęła drżeć. Pergamin upadł na ziemię, a ona gapiła się tempo przed siebie. Myślała, że już wszystko było za nią, cały ten koszmar minął i nic nie groziło ani jej, ani jej bliskim. Myliła się.

Niedawno co była u Maxa, wróciła do domu... Czy wtedy, kiedy ona wróciła ktoś zaatakował Maxa, Blaise oraz Ginny? To nie mogła być więc jedna osoba, nie było innej odpowiedzi.

Po chwili szybko wzięła się w garść. Kiedyś była przyzwyczajona do działania w silnym stresie, w poczuciu zagrożenia, na adrenalinie. Te instynkty ponownie się w niej obudziły.

-Mają Maxa. -Odezwała się cichym głosem. -Muszę jutro tam iść.

Malfoy prychnął, obserwował ją uważnie.

-Czy ty siebie słyszysz? Przecież to najgłupsza decyzja jaką mogłabyś podjąć. Chcesz tam iść sama? Bez żadnej obstawy? Nawet nie ma takiej opcji. Pakuj się. Nienawidzę się powtarzać.

Kobieta uniosła głowę i spojrzała na niego spod przymrużonych powiek. Adrenalina nadal krążyła w jej krwi. Co do tego ostatniego nie mogła się nie zgodzić. Musiała się spakować i wynieść z mieszkania. Ci, którzy zaatakowali Blaise i Ginny wiedzieli gdzie mieszkała. Machnęła różdżką, z pod łóżka wysunęła się walizka, otworzyła się, a potem ubrania z szafy i szuflad zaczęły się w niej układać oraz zmniejszać swoją wielkość, żeby wszystko się zmieściło.

- Mam przyjść sama, przecież dobrze przeczytałeś.

Malfoy zacisnął szczękę. A więc aż tak zależało jej na tym Wilsonie, że była w stanie zaryzykować własne życie, aby go odbić. Cóż, nie był z tego powodu zadowolony, lekko mówiąc. Przełknął gorycz, musiał myśleć trzeźwo, nie mógł pozwolić sobie na zaślepienie uczuciami w stosunku do niej.

-Nawet nie ma takiej opcji. Idziesz teraz do mnie, a potem wezwiemy Pottera. Przypomnę, że to on ma zamiar zająć się tą sprawą.

- Ci ludzie się o tym dowiedzą. Mają swoje sposoby, zaklęcia i czarną magię. Doskonale o tym wiesz. To Śmierciożercy, sam byłeś jednym... -Urwała i jeszcze zanim wypowiedziała to na głos zaczęła żałować.

Cholera, że też nie mogła ugryźć się w język. Na twarzy Malfoya pojawiła się maska, nic nie dało się z niego wyczytać, a jego szare oczy przybrały barwę stali.

-Dokończ mówić to co zaczęłaś.

Chłód w jego głosie sprawił, że instynktownie cofnęła się o krok. Mimowolnie przed oczami pojawiła się jej scena ze snu, gdy z twarzy Draco spada maska, a ona go rozpoznaje. Nagle poczuła silną potrzebę uzyskania odpowiedzi na nurtujące ją od lat pytania. Może nie był to najlepszy moment ani miejsce, ale nic nie mogła na to poradzić.

- Byłeś Śmierciożercą. -Powiedziała cicho, drżącym tonem. - Czy kiedykolwiek zabiłeś kogoś?

-A ty? Zabiłaś kiedyś kogoś?

Odpowiedział pytaniem na pytanie, a na jego twarzy zagościł kpiący uśmiech. Nie spodziewała się słownego ataku z jego strony.

- Nie. Nigdy nikogo nie zabiłam.

-Gdybyś pozwoliła mi wcześniej wszystko wytłumaczyć, albo gdybyś chociaż przeczytała mój list zamiast go niszczyć to wiedziałabyś, że ja także nigdy nikogo nie zabiłem. Nawet Dumbledore'a. Ale oczywiście nie zrobiłaś tego. Zamiast tego wolałaś iść na pieprzone spotkanie z tym cholernym Wilsonem. Teraz też oczywiście zamiast myśleć o sobie albo chociaż o tym co mówię, masz w głowie tylko to, żeby iść jutro po niego.

Przestał nad sobą panować tak jakby chciał, Hermiona doskonale mogła zauważyć emocje odbijające się w jego oczach.

- Co było w tym liście?

Uśmiechnął się chłodno, a potem wzruszył ramionami. Jak gdyby zupełnie go to nie ruszało. Dałaby się nabrać gdyby nie to, że znała do dobrze, znacznie lepiej niż gdyby mógł przypuszczać.

-Teraz to już nieważne. Jesteś z nim, tak? Z Wilsonem. Skreśliłaś mnie.

Nie wiedziała co powiedzieć. To była naprawdę gwałtowna zmiana tematu. Z próby odbicia Maxa na ich relacje. Nie spodziewała się takiej rozmowy. Nie teraz, nie tak szybko po tym jak ponownie się spotkali po latach. Nie wtedy, kiedy zamierzała ułożyć sobie życie bez niego. Nikogo nie zabił, ufała mu w tej kwestii. Nie okłamałby jej. Poczuła jakby wielki ciężar spadł jej z ramion.

- A co miałam zrobić? Byłeś z Astorią.

Miał dosyć udawania, że nic do niej nie czuje. Klątwa przestała działać wraz ze śmiercią Astorii. Miał zamiar powoli przekonywać do siebie Hermionę, ale nie dawała mu tej możliwości.

- Ale ona nie żyje. Nie byłem z nią z własnej woli, mówiłem ci o tym. Doskonale wiesz, że chodziło o ten pieprzony kontrakt. Nic innego mnie przy niej nie trzymało, nawet Scorpius.

- Powiedziałeś także, że dotykanie Szlamy było błędem. -Wypomniała mu to, co powiedział podczas ich ostatniego sekretnego spotkania w Hogwarcie.

Zaśmiał się gorzko, cicho, ze słyszalnym bólem.

- Musiałem jakoś sprawić, żebyś mnie znienawidziła, abyś mniej cierpiała po rozstaniu. Przecież gdybym powiedział, że zakończenie naszego romansu to ostatnie czego chciałem, to czy ten fakt ułatwiłby ci odejście? A musiałaś odejść, wiedziałem, że zżerały cię wyrzuty sumienia, bo zdradzałem z tobą Astorię.

Wszystkie rzeczy Hermiony znalazły się w walizce, która sama się zamknęła i leżała na podłodze. W kuchni świeciło pustkami, spakowała wszystko, nawet naczynia czy ściereczki kuchenne. Tak bardzo była poruszona słowami Malfoya, że przestała panować nad rzuconym wcześniej zaklęciem.

- Po jej pogrzebie nie odzywałeś się do mnie... -Odetchnęła głębiej i spojrzała na niego, czuła jak jej serce zaczyna bić szybciej, gdy odwzajemnił jej spojrzenie. - Myślałam, że naprawdę mnie nie chcesz.

Jego twarz złagodniała, podszedł do niej bliżej, a ona się nie cofnęła. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Znajdowali się w jej mieszkaniu, które było na celowniku i zdecydowanie nie powinni przeprowadzać tam tej rozmowy. Jednak tyle lat rozłąki robiło swoje, podobnie jak gwałtowne emocje pragnące wydostać się na zewnątrz.

- Wyjaśniłem ci w liście także i to. - Powiedział łagodnie. -Jednak nie wiem czy powinienem w ogóle teraz ci to wszystko mówić. Masz Maxa, nie chcę niszczyć ci życia po raz kolejny.

Poczuła jak ściska ją w sercu. Nigdy nie mówił do niej takim tonem. Podszedł jeszcze bliżej, a potem uniósł dłoń i pogłaskał palcami jej policzek. Wstrzymała oddech, jej tętno podskoczyło, a ona wpatrywała się w niego nie mogąc oderwać od niego spojrzenia. Tyle lat bez jej bliskości robiły swoje. Tak bardzo tęskniła za jego dotykiem.

- Nie jestem z Maxem. Byłam z nim tylko na jednej kolacji, to tyle. -Wyznała cicho i wtuliła twarz w jego dłoń, przymknęła nieznacznie powieki.

Nie mogła uwierzyć, że ponownie jej tak dotykał, ja kiedyś. Jej serce biło coraz szybciej w jej piersi.

Usłyszała jak Draco odetchnął głęboko, jakby z ulgą, a potem podszedł jeszcze bliżej niej. Czuła jego oddech na swojej skórze.

- Powiedz mi. Wszystko to, co napisałeś w tym liście. -Poprosiła szeptem.

__________________________

Wstawiłam dzisiaj 3 rozdziały, mam nadzieję, że się Wam podobają :D




































ROZDZIAŁ 20



Tamten wieczór minął im naprawdę miło. Max tak jak obiecał, pokazał jej ogród wertykalny. Był naprawdę okazały. Dzięki zaklęciom powiększającym pozornie mały pokój był w stanie pomieścić nawet sporej wielkości drzewka owocowe. Hermiona nigdy za bardzo nie interesowała się zielarstwem, ale z racji swojego zawodu musiała znać się na roślinach leczniczych. Niektóre z nich były naprawdę trudne w hodowli, a w ogrodzie Maxa naprawdę wyrosły. Mężczyzna miał rękę do roślin, nie dało się zaprzeczyć.

Po mile spędzonym wieczorze w towarzystwie wina i gorącej czekolady Hermiona wróciła do swojego mieszkania. Humor pogorszył jej się dopiero wtedy, kiedy ujrzała przy drzwiach swojego mieszkania przypiętą kartkę z jej imieniem. Zmarszczyła brwi i wzięła ją do ręki. Weszła do mieszkania, rzuciła klucze na szafkę, odwiesiła płaszcz i zsunęła z nóg buty. Nadal czuła przyjemne ciepło spowodowane wypitym winem. Udała się do kuchni, żeby nalać sobie wody do szklanki i w spokoju przeczytać list. Jednak zanim zdołała otworzyć kopertę usłyszała ciche pukanie do drzwi. Hermiona z westchnieniem upiła łyk wody, rzuciła list na blat stołu i poszła do przedpokoju. To co ujrzała sprawiło, że momentalnie wytrzeźwiała.

W drzwiach stała Ginny, a jej ubranie było zakrwawione. Z jej ramienia spływałą krew, która utworzyła sporą kałużę u jej stop.

-Blaise... -Wyszeptała, a potem osunęła się na podłogę.

Hermiona od razu rzuciła się z ródżką ku przyjaciółce i zaczęła rzucać zaklęcia uzdrawiające. Ktoś rzucił na nią klątwę i to paskudną. Każde zaklęcie było blokowane i żadne nie dotarło do jej poranionego ciała. Hermiona nie miała pojęcia dlaczego Ginny była całą we krwi i czy należała ona do niej. Od czasu zakończenia wojny nie bała się o kogoś ze swoich przyjaciół. Teleportowała się wraz z Ginny tuż obok Munga, a potem zawołała magomedyków, żeby jej pomogli. Kilkoro osób rzuciło się do Ginny, która coraz bardziej się wykrwawiała. Mieli zamiar zanieść ją do sali na oddziale pozaklęciowym. Jednak jeden z uzdrowicieli, złapał ją za ramię. Był młody, kilka dni temu dołączył do personelu szpitala i zapewne jej nie znał.

-Wstęp tylko dla uzdroiwicieli.

-Ale ja jestem uzdrowicielem! Mam na imię Hermiona Granger!

Młody mężczyzna otworzył szerzej oczy. Nie poznał jej w takim wydaniu, w pięknej wieczorowej sukience i tak wystrojonej.

-Ale nadal nie mogę cię wpuścić. Jesteś pod wpływem alkoholu. Takie są zasady.

-Niech cię szlag... Tam jest moja przyjaciółka i wpuścisz mnie tam...

Hermiona zmrużyła oczy i wycelowałą różdżkę w niego, jednak w tej chwili przypomniała sobie co Ginny wyszeptała zanim straciła przytomność. Z powodu tego chaosu całkowicie zapomniała o tym. Blaise. Ktoś musiał zaatakować jego dom, w którym przebywała także Ginny. Jeśli się myliła i źle zgadła, a Blaise wykrawia się gdzieś indziej, to nie wiedziała jak go odnajdzie. Nie sama. Ale Harry i Ron, jako aurorzy byli w stanie się tym zająć.

-Natychmiast wyślijcie aurorów i uzdrowicieli do domu Blaise Zabiniego! -Zawołała i wybiegła ze szpitala jak oparzona.

Teleportowała się jak tylko przekroczyła próg szpitala. Prosto pod dom Zabiniego. Był to mały, dwupiętrowy dom znajdujący się obok parku w samym sercu Londynu magicznego, poza zasięgiem wzroku mugoli. Hermiona przebiegła przez ogródek i wpadła do środka. Zderzyła się z czymś, w właściwie to kimś. Poczuła charakterystyczny zapach perfum, jej serce zabiło szybciej i jeszcze zanim na niego spojrzała wiedziała na kogo wpadła. Draco. No tak, w końcu był przyjacielem Zabiniego od wielu lat. Mogła się go tam spodziewać. Cofnęła się o krok i wyprotowała się.

-Gdzie jest Blaise? -Zapytała pospiesznie i ruszyła szybkim krokiem w stronę salonu.

-Wiesz, że jesteś boso?

Usłyszała cichy głos Malfoya. Zwrócił się do niej bezpośrednio, bez tego chłodnego "pani", już kolejny raz tego dnia. Tym razem nie miała zamiaru przywoływać go do porządku. Spojrzała w dół na swoje stopy i rzeczywiście, nie miałą butów. Wybiegła z domu tak jak stała. Byleby Ginny uzyskałą szybko pomoc, jaką potrzebowała. Z powodu nagłego skosku adrenaliny nie czuła nawet jak było jej zimno w nogi. I chyba weszła w coś ostrego, ponieważ lewa podeszwa przy pięcie pulsowała i szczypała.

-Ginny powiedziała, że Blaisemu coś zagraża. Pojawiła się u mnie cała we krwi, ktoś rzucił na nią klątwę. Gdzie jest Blaise?

-Dosłownie przed chwilą wpadł tutaj Potter i jego aurorzy wraz z grupą uzdrowicieli. Teleportowali się z nim do Munga. -Wyjaśnił nie spuszczając z niej spojrzenia- Byłem pierwszy.

Hermiona poczuła jak spływa z niej przynajmniej większa część napięcia. Skoro Ginny i Blaise byli bezpieczni w Mungu, to mogła w końcu dowiedzieć się co się dokładniw wydarzyło.

-Czy wie....

-Jeśli powiesz do mnie pan, to przysięgam na Salazara, że coś rozwalę. -Przerwał jej Malfoy znacznie ostrzej niż zamierzał.

Hermiona zamrugała gwałtownie.

-Czy to przypadkiem nie kobieta powinna powiedzieć, że woli przejść na "ty"?

-W naszym przypadku nie. Inaczej w życiu nie mógłbym mówić do ciebie po imieniu. -Prychnął i podszedł do niej, zdjął z siebie swój płaszcz i położył go na jej ramionach.

Nawet nie zauważyła, że drżała z zimna. Nie zamknęła drzwi od domu i wpadało do środka zimne powietrze.

-Dziękuję. Czy wiesz co się stało?

-Tak. Rozmawiałem z Blaisem, kiedy do domu wszedł zakapturzony mężczyzna w masce. Najpierw rzucił na mnie zaklęcie paraliżujące, a potem na Blaise rzucił klątwę. Na Ginny, która weszła do pokoju też próbował ale zdołałem się uwolnić zanim wypowiedział całe zaklęcie. Teleprtowała się w trakcie i nie widziała, że się uwolniłem i zaatakowałem go. On też się teleportował i uciekł, sukinsyn.

Hermiona potarła dłonią swoją szyję, rozejrzała się po salonie. Meble były porozwalane. Widać było ślady walki.

-Kto to zrobił?

- Jeszcze nie wiemy. Potter zajmie się osobiście tą sprawą. Podejrzewają byłego Śmierciożercę.

Hermiona nagle przypomniała sobie list, który otrzymała. Nie rozpoznała pisma. Na pewno nie był on od Malfoya. Dopiero teraz to do niej dotarło. Czyżby to był zbieg okoliczności? Czysty przypadek? Panna Granger naprawdę rzadko kiedy wierzyła w takie coś. Zazwyczaj wszystko miało swój cel.

-Ja...-Zaczęła powoli, niepewnie. - Dostałam chyba list od tego, kto ich zaatakował.









ROZDZIAŁ 19



Max mieszkał za Londynem, w małym domku jednorodzinnym, z dala od innych domów, dzięki czemu miał spokój i ciszę. Każdy magomedyk sobie to cenił, po całym dniu pracy w głośnym szpitalu. Budynek oraz ogrodzony teren chroniły przed widokiem mugoli silne tarcze i zaklęcia sprawiające, że czuli pilną potrzebę oddalenia się.

Weszli do domu, Max pomógł Hermionie zdjąć płaszcz, potem zdjął swój.

-Nie wiem jak tak może być, że czarodzieje czystej krwi nadal uważają się za lepszych. -Powiedziała Hermiona, ponieważ nie mogła wyrzucić z głowy sceny z parku.

Rozejrzała się po przestronnym przedpokoju. Z zewnątrz dom wyglądał na znacznie mniejszy niż to się okazało z środka. Wystrój był utrzymany w ciepłym, jasnobrązowym kolorze, na ścianach paliły się małe lampki, przypominające świece. Było tu ciepło i przytulnie, tak zupełnie inaczej niż w jej mieszkaniu. W powietrzu czuć było zapach tymianku, bazylii, pomarańczy i innych roślin.

-Nie myśl o tym, to naprawdę nie ma sensu. -Max nie spuszczał z niej spojrzenia. -Od zawsze byli ludzie uważających się za lepszych, a innych traktowali jak gorszych. Może i jestem czarodziejem czystej krwi ale nawet ja wiem o Hitlerze i mu podobnych. Hitler był mugolem i także miał obsesję na punkcie czystości... Co śmieszne, uważał, że to rasa aryjska jest najlepsza, czyli jasnowłosi, wysocy ludzie, a sam był niski i czarnowłosy. Większego hipokryty chyba nie było. I o ile się nie myślę, w jego krwi płynęła krew Żydów.

Hermiona kiwnęła głową, przeczesała palcami splątane przez wiatr włosy. Potem potarła zmarznięte dłonie.

-Tak, wiem. Masz rację. Po prostu boję się, że za jakiś czas historia się powtórzy, naprawdę nie chcę, żeby tak się stało. Cały czas... -Urwała, ponieważ zorientowała się, że zaczyna się przed nim otwierać.

Z nikim nie rozmawiała tak otwarcie o tym co czuła podczas wojny, jak sobie radzi z tym co widziała. Jej przyjaciele uważali, że była najsilniejsza z nich wszystkich i nie potrzebowała o tym rozmawiać. Nawet Harry. Owszem, często to właśnie ona motywowała ich do ciągłej walki, do niepoddawania się, ale robiła to wszystko będąc na adrenalinie. Pod wpływem presji. Po prostu wiedziała, że jeśli się poddadzą to Śmierciożercy wygrają i cały świat zmieni się w koszmar na jawie. Lecz teraz, wiele lat po zakończeniu wojny, nie potrafiła pozbyć się z pamięci tamtych scen.. Ten torturowany chłopiec... Zadrżała i zacisnęła dłonie na swojej sukience.

Max podszedł do niej powoli, wziął jej dłonie w swoje, ostrożnie rozluźnił jej palce i zaczął masować delikatnie jej nadgarstki.

- Możesz mi powiedzieć. Przecież znamy się już tyle lat. -Przypomniał łagodnie. -Odkąd zaczęłaś pracować w Świętym Mungu.

Panna Granger uniosła głowę i spojrzała na twarz czarodzieja. Max pochylił się w jej stronę i powoli złożył na jej rozchylonych ustach pocałunek.

- Możesz mi zaufać, Hermiono. -Szepnął i splótł ich palce, mocniej złapał jej dłonie, które zaczęły drżeć.

Zdecydowanie nie mogli być już tylko przyjaciółmi, na to było za późno. Z tą myślą przysunęła się do niego bliżej i oddała powoli pocałunek. Jego miękkie ciepłe usta i pieszczota uspokoiły ją nieco, szybko się rozluźniła. Zniknął chłód z jej ciała, a zamiast tego pojawiło się gorąco, widoczne nawet na jej zaróżowionych policzkach, zazwyczaj bladych.

-Cały czas mam koszmary. -Przyznała cicho, z ustami przy jego ustach. - Często też myślę o tych, którzy wtedy zginęli, kiedy byłam bezsilna i nie mogłam im pomóc.

Max przesunął dłonie na jej talię i przytulił ją mocno. Hermiona oparła dłonie na jego ramionach i oparła policzek na jego torsie.

Mimowolnie zaczęła myśleć o swoim byłym kochanku, chociaż naprawdę starała się całkowicie wymazać go z pamięci. Kiedy czuła się taka spokojna przy Draco? W sumie nigdy. Zawsze ciążyła nad nimi wizja tego, że kiedyś ich romans się zakończy, że jedynie kradła godziny z Draco, które należały przecież do Astorii. Poza tym po prostu uważała, że Draco czuje do niej jedynie pożądanie, nic więcej. Ich ostatnie spotkanie w Pokoju Życzeń w Hogwarcie tylko ją upewniły co do tego, a dokładniej jego słowa, to co mówił i jak się zachowywał wobec niej.

- Musisz zrozumieć, że to przeszłość. Oni nie żyją i nic nie przywróci ich do życia. Wiem, że to dla ciebie ciężkie, byłaś świadkiem okropnych rzeczy. Może kiedyś mi o tym wszystkim opowiesz.

-Ja wiem, że oni nie żyją...

-Tak, ale dalej o nich myślisz. Przestań, to donikąd nie prowadzi.

Hermiona spojrzała na niego i westchnęła ciężko.

-Ale nie możemy o nich zapomnieć.

Max uniósł dłoń i pogłaskał czule palcami jej policzek, na jego twarzy zagościł uspokajający, ciepły uśmiech.

-Nie każę ci o nich zapomnieć. Po prostu przestań o nich myśleć. Oni nie żyją, a ty tak. Znam cię od kilku lat, a mimo to niewiele o tobie wiem. Unikałaś rozmów na prywatne tematy. Co jeszcze chciałabyś mi powiedzieć?

Przez chwilę milczała. Miał racę, wiedziała o tym, ale czy naprawdę tak łatwo byłoby przestać o nich myśleć? Była uważana za najmądrzejszą czarownicę od czasów Roweny Ravenclaw, a mimo to czasami podejmowała cholernie głupie decyzje. Jak na przykład wdanie się w romans z Malfoyem. Albo nie rzucenie na rodziców czaru, który pozwoliłby jej ich namierzyć po wojnie.

-Zanim wyruszyłam na poszukiwanie horkruksów z Harrym i Ronem wyczyściłam pamięć moim rodzicom, wyjechali do Australii i od tamtej pory nie mam z nimi kontaktu. -Wyszeptała ze ściśniętym gardłem.

Max musnął ustami jej skronie.

-Pomogę ci ich odnaleźć. Jednak w tej chwili i tak nie możemy nic zrobić. Dlatego przestań się tym zadręczać. Nadal masz ochotę na gorącą czekoladę?

Uśmiechnęła się blado i kiwnęła głową.

-Tak, jak najbardziej. Taki w końcu był nasz cel. Już się nie mogę doczekać.

-To chodź, kuchnia jest tam.

Odwzajemnił jej uśmiech i wziął ją za rękę, poszli do kuchni. Zmiana tematu, w odpowiednim czasie. To w końcu miał być miły wieczór, a prawie zamienił się w katastrofę. Najpierw przez tamtą czarownicę, a potem przez to, że Hermiona prawie się rozkleiła na wspomnienie rodziców i swoich koszmarów.

W kuchni Hermiona usiadła przy dębowym, okrągłym stole i obserwowała jak Max wyjął mały rondel z szafki. Nie używał czarów, zaczął przygotowywać gorącą czekoladę tradycyjnie. Najpierw wlał do rondla odpowiednią ilość mleka, a potem zaczął wrzucać do środka połamane kawałki gorzkiej, dobrej jakości czekolady.

-Opowiedz mi coś o sobie. -Powiedziała Hermiona przerywając przyjemną ciszę.

Max uniósł głowę i spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem. Zamieszał w rondlu, a potem odstawił łyżkę na blat. Czekał aż mleko się podgrzeje, a czekolada rozpuści.

-Mam młodszą siostrę, Vanessę. Jest w Hufflepuffie, na piątym roku. Moja mama jest Aurorem, a tata pracuje jako zielarz. Pochodzę z Gosport, w hrabstwie Hampshire.

-Wchodząc do twojego domu poczułam zapach pomarańczy, tymianku i innych ziół. Masz oranżerię albo ogród wertykalny? Masz podobne hobby jak twój tata?

Max zaśmiał się cicho i kiwnął głową.

-Tak, mam ogród wertykalny, potem ci pokażę. Lubię bawić się w ziemii, hoduję głownie zioła, które wykorzystuję przy produkcji eliksirów, trochę też egzotycznych owoców. Napiłabyś się wina?

-Bardzo chętnie.

-Jakie lubisz?

-Białe, słodkie. -Powiedziała i oparła dłonie na stole, posłała mu lekki uśmiech. -Jestem łasuchem, jak widzisz. Zazdroszczę ci rodzeństwa. Zawsze chciałam mieć młodszą siostrę.

Max podszedł do szafki i wyjął z niej dwa kieliszki, a potem wyjął butelkę białego, słodkiego wina, takiego jakie lubiła Hermiona. Nalał go do kieliszków. Mleko w rondlu zaczęło bulgotać, Hermiona poderwała się z krzesła i podeszła do kuchenki, zmniejszyła ogień pod rondlem i wymieszała powstałą gorącą czekoladę.

Max postawił obok niej na blacie dwa kieliszki z winem, a potem objął ją w pasie od tyłu i patrzył jak mieszała. Hermiona poczuła, jak uderza w nią gorąco, kąciki jej ust mimowolnie uniosły się ku górze.

- Chciałabyś dodać chili do czekolady? -Zapytał Max i powoli, ostrożnie musnął ustami jej szyję, jakby się bał, że ją spłoszy.

Hermiona przełknęła ślinę, dłoń w której trzymała łyżkę zadrżała. Od lat nikt jej tak nie dotykał, jedynie Draco... Przestań, upomniała się w myślach. To zamknięty rozdział. Skup się na chwili teraźniejszej.

-Tak, lubię czekoladę z chili, ale nie za dużo. Chciałabym być w stanie ją wypić.

-Jak sobie życzysz. -Odparł z cichym śmiechem Max i wypuścił ją z objęć.

Podszedł do szafki, żeby wyjąć chili, a Hermiona sięgnęła po kieliszek z winem. Upiła spory łyk, żeby zwilżyć zaschnięte gardło. Max zajął się doprawianiem gorącej czekolady, a ona obserwowała go z uśmiechem na ustach.

środa, 1 lutego 2017

ROZDZIAŁ 18



Hermiona podczas kolacji z Maxem bawiła się naprawdę świetnie. Podczas kolacji rozmawiali na wszystkie tematy prócz pracy, związków oraz rodziny. Owszem, poruszali jednak tematy magomedycyny oraz medycyny mugolskiej. Max był czarodziejem czystej krwi i nie miał zielonego pojęcia chociażby na temat dentystów, którymi byli jej rodzice. Rzecz jasna nawet słowem nie pisnęła, że opowiadała o pracy jej rodziców. Lubiła Maxa, ale nie chciała się przed nim otwierać, a raczej jeszcze nie. Mężczyzna nie spuszczał z niej spojrzenia, co jakiś czas niby przypadkiem muskał palcami jej dłoń leżącą na stole, szukał jej uwagi, dotyku. Hermiona nie była głupia i zrozumiała w końcu, że podobała się Maxowi i czarodziej liczył na coś więcej niż zwykła, koleżeństwa kolacja. Wcześniej obiecała sobie, że pozwoli mu na traktowanie tego jak randki. Jednak po niespodziewanym spotkaniu z Malfoy'em było jej ciężko ponownie skupić się tylko na Maxie i na myśleniu o nim. Co jakiś czas, w trakcie kolacji, przez jej głowę przewijał się Malfoy. Jednak wtedy przypominała sobie swój ostatni koszmar, gdzie Draco był śmierciożercą i skutecznie wybijała go sobie z głowy. Przynajmniej na jakiś czas.


-... To jak? Chciałabyś?

Usłyszała pytanie Maxa i uniosła głowę znad swojego kieliszka z winem. Byli już po kolacji i kończyli deser. A raczej Max zjadł swój, a ona ledwo tknęła swoją szarlotkę. Nie była jakoś specjalnie głodna w ogóle, a z powodu chaosu w myślach tym bardziej.

-Wybacz. Nie usłyszałam pytania. -Przyznała panna Granger i zakłopotana posłała mu lekki uśmiech.

Uniosła swój kieliszek z winem i dopiła jego zawartość na raz. Oby alkohol pomógł jej się chociaż trochę rozluźnić.

Max uśmiechnął się ciepło, zupełnie nie zrażony jej nieobszernością duchem. Musiała przyznać, że Max był wobec niej bardzo cierpliwy. Wiedział kim była, co przeżyła, mniej więcej, w końcu jej biografia mimo wszystko była ogólnodostępna, a mimo wszystko od kilku lat, odkąd razem pracowali, uparcie się z nią przyjaźnił. A teraz chciał czegoś więcej. Hermiona zamierzała przynajmniej spróbować. Naprawdę nie miała nic do stracenia.

-Czy chciałabyś przyjść do mnie na gorącą czekoladę? -Zaproponował łagodnie, a z jego twarzy nie schodził uśmiech.

Hermiona pokiwała wolno głową, bez chwili namysłu.
-Pewnie. Uwielbiam gorącą czekoladę. -Przyznała i sięgnęła do swojej torebki, żeby wyjąć pieniądze.

-Proszę, nie. Ja zapłacę. - Powiedział pospiesznie Max i spojrzał znacząco na jej dłoń w torebce, a potem na jej twarz. -Mogę?

Hermiona przygryzła lekko dolną wargę. A więc jednak kolacja przemieniła się w randkę. Tak wnioskowała po jego znaczącym spojrzeniu i słowach.
Wyjęła dłoń z torebki i uśmiechnęła się lekko.

-Możesz, Max.

Mężczyzna odetchnął i uśmiechnął się szeroko. Zawołał kelnera, a potem uregulował ich rachunek. Po zapłaceniu pomógł założyć Hermionie jej płaszcz, co nie miało miejsca nigdy wcześniej. Ten wieczór był przełomowy dla ich relacji. Bez mówienia wprost uznali to za randkę, a jak wiadomo, przyjaźń damo-męska i randki nie wchodziły w grę. Nie można było mieć wszystkiego.

Po ubraniu płaszczy wyszli razem z restauracji. Noc była spokojna, wiał chłodny wiatr, a niebo było bezchmurne. Hermiona uniosła głowę i starała się wypatrzeć na niebie chociaż kilka jaśniejszych gwiazd. W mieście tak dużym jak Londyn naprawdę kiepsko było widać gwiazdy. Szli wolno wzdłuż ulicy, aż w końcu weszli do parku, gdzie było znacznie ciszej i spokojniej, co oboje preferowali. Poza tym Max nie czuł się komfortowo w mugolskiej części Londynu i zdecydowanie wolał spacerować po parku, gdzie było niewielu ludzi, a o tej porze byli tam sami. Latarnie stały co kilka metrów i słabo oświetlały ścieżkę, ale Hermionie to pasowało. Miała szansę ujrzeć znacznie więcej gwiazd. Z powodu spacerowania z uniesioną głową Hermiona nie zauważyła wystającej kostki brukowej i potknęła się. Upadłaby, gdyby w ostatnim momencie nie złapał jej Max. Mężczyzna mocno trzymał jej ramiona, a ona oddychała szybciej starając się uspokoić puls.


-Dzięki. -Wymamrotała zakłopotana. -Gdyby nie twój refleks pewnie skończyłabym z rozwaloną twarzą.

Zaśmiał się cicho i pogłaskał wolno jej ramiona. I chociaż miała na sobie płaszcz mogłaby przysiąc, że poczuła ciepło w miejscach, gdzie jej dotykał. Nie puścił jej. Cały czas ją trzymał, pochylił się odrobinę ku niej, jakby badał czy może się do tego posunąć. Hermiona nie całowała się z nikim od lat. Ostatnim jej kochankiem, i zarazem pierwszym, był Draco. Swój ostatni pocałunek także miała z nim. Z nikim innym się nie spotykała.

Uderzyło w nią gorąco i poczuła jak zaczyna zżerać ją stres i napięcie.
W końcu Max pocałował ją, zaledwie musnął swoimi wargami jej rozchylone, chłodne usta. Nie był natarczywy, nie naciskał. Czekał na jej ruch. Hermiona odetchnęła głębiej. Nie czuła żadnych dreszczy ani niczego, co czuła z Draco ale podobało jej się. To było przyjemne. Miłe. Uśmiechnęła się niepewnie i niepewnie oddała pocałunek, nieco mocniej naparła na jego usta.

Ich pierwszy pocałunek w środku parku, w zimową chłodną noc. Nie mogła narzekać. Przynajmniej nie zamierzał jej ukrywać. Jak Draco. Odsunęła na bok myśli o swoim byłym kochanku. Musiała w końcu przestać o nim myśleć, na litość Boską. Cieszyła się, że Max nie czytał jej w myślach.

Max zamarł, kiedy poczuł jej pocałunek. Z zaskoczenia. Nie podejrzewał, że Hermiona tak chętnie będzie do niego lgnąć. Jednak od razu się otrząsnął. Objął ją powoli i zaczął całować nieco bardziej zachłannie. Po krótkiej chwili oboje zatracili się w pocałunku, w słodkiej pieszczocie. Hermiona niepewnie uniosła ramiona i owinęła je wokół jego szyi, stanęła na palcach i przywarła do niego ciaśniej.

-Mamo! A oni się całują!
Dotarł do nich krzyk małej dziewczynki. Hermiona i Max natychmiast od siebie odskoczyli. Panna Granger zerknęła zarumieniona w stronę skąd dobiegał głos. Na ścieżce stała mała, może sześcioletnia dziewczyna i wskazywała palcem na Maxa i Hermionę. Jej żółty płaszcz wyraźnie odcinał się na tle nocy. Obok niej stała niska, przysadzista czarownica w zielonej szacie. Zmarszczyła ona brwi wyraźnie niezadowolona z publicznego okazywania uczuć.

-Pamiętaj, Persefono, tylko mugole tak robią. Czarodzieje czystej krwi, jak ty, nie zniżą się do tego poziomo. Co ci mówiłam?

-Publiczne obmacywanie jest dla ludzi bez statusu społecznego. -Wyrecytowała znudzonym tonem dziewczynka, jakby to co powiedziała nie miało dla niej najmniejszego sensu, i tak zapewne było.
Hermiona poczuła jak ogarnia ją wściekłość. Przez tyle lat walczyła o wolność dla czarodziei, bez znaczenia był ich status krwi, a jakaś czarownica uczyła swoją córkę takich rzeczy?

Czyżby bez wiedzy Ministerstwa rosło kolejne pokolenie czarodziei pałających nienawiścią do czarodziei nie czystej krwi?

-Wypraszam sobie.... -Zaczęła ostro Hermiona, ale Max złapał ją za rękę i pokręcił przecząco głową.

"Potem" szepnął i wskazał głową na ścieżkę. Hermiona uniosła dumnie głowę i ustąpiła. Zamierzała wysłuchać do ma do powiedzenia. Czarownica z dziewczynką odeszły, cały czas rozmawiając o tym jak to mała Persefona ma nie zachowywać się jak dziwka. Hermiona i Max odeszli w drugą stronę, jeszcze bardziej oddalając się od tamtej dwójki. Panna Granger była tak poruszona i zdenerwowana, że na chwilę zupełnie zapomniała o tym co miało przed paroma minutami miejsce. Jej przyjaźń z Maxem się skończyła i będą musieli zdecydować co dalej. Na razie naprawdę nie miała do tego głowy.

-Wyjaśnisz mi dlaczego nie pozwoliłeś mi z nią porozmawiać? -Zapytała sfrustrowana czarownica i spojrzała na Maxa ze zmrużonymi oczami. - Przecież to szerzenie nienawiści. Nie może tak być.

-Owszem. -Przytaknął. -Ale nie możesz karać matki na oczach jej dziecka. Jej córka została wychowana w ten sposób i uważa, że matka ma rację. I jest nieomylna. Jak myślisz, co pomyśli widząc jak rzucasz jakąś paskudną klątwę na jej matkę? Że czarownica nie czystej krwi bez powodu zaatakowała jej matkę. I tak będzie opowiadała naokoło. Te dzieciaki mają pranie mózgu już od najmłodszych lat.

Pokiwała głową i szła obok niego.


-To co mamy zrobić? Nie możemy tego tak zostawić.

-Nie zostawimy. -Odparł Max i posłał jej lekki uśmiech. -Jutro pójdziemy do Ministerstwa i złożymy zeznania. Zgarną ją z domu tak, żeby dziecko nie miał traumy, a potem sobie z nią porozmawiamy na przesłuchaniu. Rzuciłem zaklęcie identyfikujące, kiedy była zajęta gadaniem na nas do swojej córki.

Hermiona uśmiechnęła się szerzej. Teraz czarownica na pewno im nie ucieknie.

-To świetnie.

Max mocniej ścisnął jej dłoń i dopiero w tamtej chwili dotarło do niej, że trzymali się za ręce. A wcześniej całowali. Zarumieniła się nieznacznie zakłopotana, ale nie zabrała dłoni.

Po chwili teleportowali się do domu Maxa.

Nie wiedzieli jednak, że w parku oprócz nich oraz matki z dzieckiem był ktoś jeszcze.
Zza drzewa wyszedł jasnowłosy, wysoki czarodziej w czarnym jak noc płaszczu. Jego szare oczy ciskały gromy w kierunku miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał Maximilian. Draco Malfoy zaciskał gniewnie szczękę.

-Salazarze, ja go, kurwa, zatłukę....-Warknął pod nosem czując przypływ furii.

_____________________________


I kolejny rozdział. Wybaczcie za tak długą przerwę, ale miałam sesję i musiałam się uczyć :D

piątek, 6 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 17

Cała trójka patrzyła na siebie nawzajem krótką chwilę w ciszy. Hermiona czuła się trochę zażenowana tą sytuacją.  W końcu Max odzyskał władzę nad sobą, wziął się w garść i podszedł do nich. W końcu wiedział, że miał tylko zjeść z Hermioną kolację, nie miał prawa do bycia wściekłym o to, że spotykała się z innym, ale cholera, Malfoy? Mężczyzna jednak nie zamierzał tego komentować.

- Jesteś gotowa? -Zapytał cicho Max i zlustrował ją spojrzeniem.

Wyglądała zachwycająco. Nigdy wcześniej nie widział jej umalowanej. Przypuszczał, że miała potencjał być pięknością i miał rację. Panna Granger w stroju wieczorowym naprawdę przyćmiewała nie jedną czarownicę.
Draco zacisnął dłonie w pięści. Obserwował jak Hermiona spojrzała na Maximiliana i posłała mu delikatny uśmiech.
Cholera, uśmiech, który kiedyś był przeznaczony tylko dla niego.

-Nie, nie jest gotowa. Panna Granger ma mi pomóc w odczytaniu starogreckiego pisma. -Oznajmił chłodnym tonem Malofy i zmroził spojrzeniem Maximiliana. -Może już pan odejść.


Wilson uniósł brew nic sobie z tego nie robiąc, a Hermiona miała ochotę zazgrzytać zębami. Spojrzała wściekła na Malfoya. Jak on śmiał robić jej takie sceny?! Ona nie pisnęła ani słowem, kiedy spotykał się z Astorią. Nigdy nic mu nie powiedziała na ten temat. Była pogodzona, do pewnego stopnia oczywiście, ze swoją rolą. A teraz ten cholerny Ślizgon jak gdyby nigdy nic stoi w progu jej mieszkania i śmie kłamać, że miała mu pomóc! Po tym jak dwa tygodnie od pogrzeby swojej żony się do niej nie odzywał! Jeśli myślał, że ot tak zrobi to czego on chce, to się grubo mylił. Nigdy nie przyjmowała łatwo rozkazów, a już na pewno nie zamierzała robić to, czego chciał Malfoy. W głębi siebie poczuła się urażona. Jak on mógł ją ignorować, nie odzywać się do niej, a potem pojawić się bez zapowiedzi i próbować dyrygować jej życiem? Za kogo on się uważał? Postanowiła sobie w końcu, że spróbuje przynajmniej ułożyć sobie jakoś życie bez niego. I naprawdę zamierzała to zrobić.

Nie bez powodu Hermiona trafiła do Gryffindoru. Uniosła dumnie głowę i zgromiła go wściekłym spojrzeniem.


- Ma pan błędne informacje, panie Malfoy.- Powiedziała stanowczym tonem, z naciskiem na "panie" i 'Malfoy". - Zwróciła mu tym samym delikatnie uwagę, że nie byli na "Ty" i nie zamierzała pozwolić mu na pouchwalanie się z nią. -Na nic się nie zgadzałam, nie wiem skąd pan wziął tę informację. Nalegam, żeby to pan już sobie poszedł.

Draco zrozumiał w mig przekaz. Zacisnął gniewnie szczękę, a jego dłoń w której trzymał różdżkę niebezpiecznie zadrżała. Zerknął w stronę Wilsona.


Kusiło go, żeby użyć na nim Imperiusa albo Legilimencji. Bez problemu mógł zrobić to niewerbalnie, jego ciotka, Bellatriks uczyła go tego wiele lat temu. Używał tego jako Śmierciożerca i w magii bezróżdżkowej i niewerbalnej naprawdę był niezły. Chciał zetrzeć z twarzy tego idioty, Wilsona, zadowolony z siebie uśmieszek.

Powstrzymał się jednak, ponieważ wtedy Hermiona jeszcze bardziej by się na niego wkurzyła. Zacisnął zęby jeszcze bardziej, żeby nie warknąć nic w stronę Wilsona.

-Dobrze, wyślę w takim razie do pani sowę w sprawie tego tłumaczenia. -Oznajmił beznamiętnym tonem Malfoy, a potem bez słowa się teleportował.

Hermiona mruknęła pod nosem przekleństwo. Nie zdążyła powiedzieć mu, żeby sobie darował listy. Nie zamierzała w niczym mu pomagać.  W jednej sekundzie jednak całą irytacja i złość zmieniły się w niepokój, a jej umysł zalało wspomnienie jej koszmaru. Malfoy jako Śmierciożerca uczestniczący w rzezi.

-Hermiono? Wszystko w porządku? Zbladłaś... Czy Malfoy coś ci zrobił? -Zaczął dopytywać zaniepokojony Max.

Nie bezpośrednio. Nie powiedziała tego jednak na głos. Wyprostowała się i posłała swojemu przyjacielowi słaby uśmiech.

-Nie, nic mi nie jest. -Odparła pospiesznie. -Poczekaj chwilkę, tylko wezmę swoją torebkę i płaszcz.

Zamknęła drzwi mieszkania nie zwracając uwagi na zaniepokoją minę Maximiliana.
Dlaczego Malfoy musiał wszystko psuć? Widziała go zaledwie raz. Jeden raz od dwóch tygodni, zdążył ją tylko zirytować, wkurzyć, a mimo to nagle zupełnie odechciało jej się iść na kolację z Maxem. Jednak nie zamierzała niczego odwoływać. Zamierzała nie zwracać uwagi na swoje durne serce i postanowiła kierować się rozumiem. Jej logika wyraźnie mówiła, że jeśli nie zje kolacji z Maxem to równie dobrze może już teraz przygarnąć stado kotów, ponieważ czekało ją stropanieństwo. Musiała wymazać z pamięci byłego Ślizgona. Im szybciej, tym lepiej.

Ubrała pospiesznie płaszcz, wzięła torebkę i już miała ponownie otworzyć drzwi, kiedy przez uchylone okno do mieszkania wleciała sowa z listem. Hermiona zmarszczyła czoło patrząc jak ptak podlatuje do niej. Wzięła od sowy list, a ta od razu odleciała nawet nie czekając na odpowiedź. Hermiona zamarła widząc na kopercie pieczątkę rodu Malfoyów. Szybki był, niechętnie musiała to przyznać. Przygryzła dolną wargę rozważając przeczytane listu albo podarcie go na kawałki. W końcu jednak podarła go, a potem za pomocą zaklęcia spaliła kawałki.  Musiała trzymać się swojego postanowienia. Koniec z Malfoyem. Kochała go i wiedziała, że nigdy nie przestanie, ale nie mogła czekać aż jaśnie pan zechce się z nią spotkać, a potem ponownie będzie ją ignorował tygodniami, albo miesiącami. Dodatkowo cały czas pamiętała o swoim śnie, a dokładniej wspomnieniu tamtej nocy.  Czuła się nieco lepiej, kiedy patrzyła jak popiół opada na dywan. Jedynie to zostało z listu. Hermiona raźnym krokiem wyszła z mieszkania.

-Jestem gotowa, możemy iść. -Powiedziała z lekkim uśmiechem.

Maximiliam odwzajemnił uśmiech i podał jej ramię. Pierwsza oznaka, że to zdecydowanie nie miała być tylko koleżeństwa kolacja.

-Pozwolisz?

Panna Granger kiwnęła głową i wzięła go pod ramię. Teleportowali się. Kiedy otworzyła oczy zobaczyła, że w uliczce przez włoską restauracją. Kiedyś, jakieś dwa lata temu Max pytał się ją jaką kuchnię lubiła. Powiedziała, że włoską. Zapamiętał. Musiała przyznać, że zrobiło jej się miło.

                                                                    ***

Draco wyczuł, że coś było nie tak. Rzucił na list zaklęcie, które miało powiadomić go o tym, że Hermiona go przeczyta. Jednak mijały godziny, a on nie otrzymał żadnego znaku. Aż w końcu rzucił kolejne zaklęcie, sprawdzające, i okazało się, że list już nie istniał. Zniszczyła go nawet go nie otwierając.

Zaklął pod nosem i zaczął chodzić po swoim gabinecie czując jak rozpiera go furia. Jednak po jego twarzy nic nie dało się wyczytać. Był mistrzem w kamuflowaniu swoich emocji. Gdyby było inaczej to nigdy nie przeżyłby wojny. Nie był Śmierciożercą z własnej woli i gdyby ktokolwiek to odkrył, miałby mówiąc krótko przerąbane i zginąłby szybciej niż zdążyłby zapytać "Chwila, a co z ostatnim życzeniem?".

Severus Snape nie był jedynym szpiegiem Zakonu Feniksa. Draco Malfoy także nim został, chociaż zmienił strony na pół roku przed zakończeniem wojny. Nikt o tym nie wiedział prócz Snape'a i McGonagall. Im mniej ludzi wiedziało, tym lepiej. Voldemort był mistrzem legilimencji i z łatwością dowiedziałby się z umysłów słabszych członków zakonu o tym, że Malfoy był szpiegiem. Nie wiedzieli o nim tak samo jak nie wiedzieli o Snapie. Snape zginął, więc o jego tajemnicy wiedziała już tylko McGonagall. Nie chciał, żeby ktokolwiek inny o tym wiedział, a już na pewno nie jego rodzice. Chociaż zostali uniewinnieni, to mimo wszystko jego ojciec był gorliwym zwolennikiem Voldemorta. Ostatnie więc czego chciał Draco to wydziedziczenie, awantury o zdradę, klątwy pod swoim adresem. Szpiedzy nie mieli łatwego życia. Obie strony uznawały ich za zdrajców, mimo wszystko.
Miał zamiar powiedzieć o tym Hermionie. Napisał jej o tym w liście, który tylko ona mogła przeczytać. Opisał jej także dlaczego przez dwa ostatnie tygodnie milczał. Ale oczywiście niech przeklęta będzie gryfońska duma.

Draco przywołał do siebie zaklęciem szklankę oraz butelkę Ognistej Whisky. Scorpius był pod opieką Ginny, która bawiła się z nim w salonie, więc Draco miał zamiar się upić.

Zdecydowanie musiał się uspokoić zanim wybierze się do Granger i powie jej co myśli o paleniu listów od niego.
________________________________________


Jak wrażenia?  :D

środa, 28 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 16



Długo siedziała na łóżku i płakała, ponownie wróciły do niej wszystkie wspomnienia z czasów wojny. Ten ból, gdy była torturowana. Cierpienie i żal spowodowane jej bezsilnością, gdy chciała komuś pomóc. Jak tamtemu chłopcu. Albo Mathiasowi. Czy to Draco zamordował z zimną krwią któregoś z nich? Czy on także zabijał? A jeśli tak, to czy robił to w tak okrutny sposób?

Miała świadomość tego, że był Śmierciożercą głównie dlatego, że Voldemort chciał ukarać jego rodziców i nakazał im namówienie go, żeby stał się jednym z nich. Miał wtedy tylko 16 lat, gdy dostał mroczny znak. O to nie mogła go oskarżać, był w końcu tylko chłopcem. Ale potem.... W czasie wojny to było co innego. Jeśli zabijał, nie wiedziała, czy kiedykolwiek byłaby w stanie przejść z tym do porządku dziennego. Nie umiałaby mu wybaczyć. Chyba nie. Za każdym razem gdy wypowiadała w myślach imię Malfoya przed jej oczami pojawiał się Mathias, jako marionetka z koszmarów, z jego własnymi wnętrznościami zamiast sznurków.

Hermiona poczuła mdłości. Zerwała się z łóżka, a potem pobiegła do łazienki. Ledwie zdołała pochylić się nad sedesem, gdy zaczęła wymiotować. Zwróciła całe śniadanie, właściwie śniadanio-kolację, w pewnym sensie. Jadła ostatni posiłek przed snem, przed 11 rano. Nie wiedziała ile godzin spała, ale była pewna, że nie da rady już zasnąć.

Gdy zwróciła wszystko, nadal męczyły ją torsje, chociaż nie miała już czego zwracać. Siedziała na chłodnej posadzce i płakała. Jej blizna z napisem "Szlama" zaczęła ją piec, instynktownie zaczęła ją drapać, chociaż wiedziała, że nie zniknie. Nigdy nie zblaknie. Zawsze będzie na jej skórze, do końca jej życia będzie przypominać jej o tym, co przeżyła. Co widziała. Co przeszła.

Po dłuższym czasie wzięła się w garść. Naprawdę rzadko pozwalała sobie na takie chwile słabości jak przed chwilą. To nie miało sensu, popadanie w rozpacz z powodu rozdrapywania starych ran. Nic nie zmieni przeszłości. Musiała z nią żyć. Żyć ze świadomością, że jej były kochanek prawdopodobnie zamordował z zimną krwią niewinnych mugoli i czarodziei. Być może nawet to on torturował Mathiasa albo tamtego chłopca.

Wstała z podłogi i podeszła do zlewu. Dwa razy dokładnie wyszorowała zęby, a potem wzięła chłodny, prawie zimny prysznic, żeby się dobudzić i na dobre wyrwać z koszmaru. Po wyjściu z kabiny owinęła ciało ręcznikiem i poszła do sypialni. Spojrzała na zegarek na szafce nocnej, było po 16. Niewiele spała, ale wiedziała, że już nie zaśnie. Nie chciała ponownie śnić koszmaru, a tak pewnie skończyłaby się próba spania, bardzo często tak było.

Do przyjścia Maxa miała jeszcze parę godzin. Czarodziej kończył dyżur o 18, przypuszczała więc, że będzie u niej koło 18:30. Miała zdecydowanie za dużo wolnego czasu, nie znosiła tego stanu. Ubrała się w wygodny dres i usiadła na łóżku z grubą księgą "Magiczne zioła przez wieki". Zatopiła się w lekturze na dobre kilka godzin, a podczas zagłębienia się w coraz to trudniejszych zaklęciach używanych przy obróbce ziół zapomniała zupełnie o swoim koszmarze. Zniknęło napięcie mięśni, blizna przestała piec, a ona uspokoiła się. Zupełnie straciła poczuci czasu, tak samo jak przed laty w Hogwarcie.

Dopiero burczenie w żołądku uświadomiło jej, że wypadałoby coś zjeść. Ostatni posiłek w końcu zwróciła. Odłożyła księgę na szafkę i zamarła widząc zszokowana, że była już 18:15. Z jednej strony cieszyła się, że czas minął jej tak szybko, a z drugiej strony miała naprawdę niewiele czasu, żeby się wyszykować.


Zerwała się z łóżka i za pomocą kilku prostych zaklęć zrobiła makijaż, co było dla niej czymś nietypowym. Hermiona nie malowała się na co dzień, nawet do pracy. Zrobiła także wysokiego kucyka ujarzmiając tym samym swoje niesforne loki. Wyciągnęła z szafy czarną sukienkę na długi rękaw, ale za do do połowy ud i z całkiem sporym dekoltem. Rękawy zakrywały jej bliznę, na czym jej najbardziej zależało. Nie lubiła odsłaniać przedramienia. Sukienka była obcisła i ciasno przylegała do jej ciała podkreślając jej kształty. Ubrała pończochy, sukienkę, a potem jeszcze buty na małym obcasie, wolała nie ryzykować ze szpilkami. Nie chciała się połamać. Przeszła przez pokój, żeby dojść do kuferka w którym trzymała biżuterię i kilka razy się zachwiała. Od lat nie nosiła szpilek. Nie miała po prostu okazji. Dodatkowo czuła dziwne napięcie wewnątrz siebie, oczekiwanie i ekscytację. Cieszyła się na kolację z Maxem, a przynajmniej większa część jej była zadowolona z nadchodzącej kolacji. Miała szansę wyrwać się ze szpon przeszłości oraz samotności. Spojrzała na siebie w lustrze, wyprostowała się, a potem zaklęciem przywołała do siebie ulubione kolczyki oraz pasujący do nich naszyjnik. Ubrała biżuterię i uśmiechnęła się do siebie w lustrze. Przeszła się po pokoju kilka razy, a każdy kolejny krok był pewniejszy. Po chwili przestała się tak chwiać, przypomniała sobie odpowiednią postawę.

Ostatni raz była tak wystrojona wiele lat temu, podczas jednego ze spotkań z Draco, gdy nadal mieli romans.

-Dlaczego muszę ciągle o nim myśleć? -Mruknęła pod nosem i przymknęła na chwilę oczy.

Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Max.

Nie odłożyła na bok różdżki. Stare nawyki z czasów wojny nie przeszły jej, nadal nie otwierała drzwi nieuzbrojona, chociaż magię bezróżdżkową miała opanowaną na całkiem przyzwoitym poziomie. Po prostu tak czuła się pewniej.

Podeszła do drzwi i otworzyła je. Jednak w progu zamiast Maximiliana ujrzała Malfoya. Szare oczy jasnowłosego mężczyzny otworzyły się szerzej, kiedy zlustrował ją spojrzeniem. Żadne z nich nie wiedziało które było bardziej zaskoczone. Ona, ponieważ zupełnie się go nie spodziewała czy on, ponieważ zamurowało go, kiedy ujrzał ją w takim wydaniu. Draco nie był ślepy. Wiedział, że Hermiona nie była najpiękniejszą czarownicą jaką kiedykolwiek widział, nie oszukujmy się, ale dla niego tak właśnie było. Szczególnie, kiedy była tak ubrana. Zżerała go paląca zazdrość i wściekłość, ponieważ wiedział, że to nie dla niego tak się ubrała. Od dawna już tak nie było.

-Salazarze.... Co ty masz na sobie? I odłóż tę cholerną różdżkę. -Wyrwało mu się zanim pomyślał, co było dla niego nie do poznania.

On zawsze nad sobą panował. Zawsze. Poza tym od dawna nie mówili do siebie po nazwisku, a co dopiero po imieniu. Hermiona odłożyła drżącą dłonią różdżkę na szafkę. Nawet nie zorientowała się, że celowała nią w Malfoya, dopóki nie zwrócił jej uwagi. Była w szoku. Nie odzywał się do niej dwa tygodnie, a teraz tak nagle pojawił się bez zapowiedzi.

-Panie Malfoy....-Zaczęła Hermiona cichym tonem, kiedy odzyskała mowę, co zajęło jej sporą ilość czasu.

Nie dane jej jednak było dokończyć. Po drugiej stronie korytarza drzwi windy się rozchyliły i wyszedł z niej Max. Na widok Malfoya w towarzystwie Hermiony zamarł i stanął jak wryty.

__________________________________

I kolejny rozdział. Jak wrażenia? ;)

czwartek, 22 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 15



Był środek nocy, Hermiona szła wąską uliczką małego miasteczka na zachodzie Walii starając się nie zwracać na siebie uwagi. Poszukiwania horkruksów trwało już kilka miesięcy, Voldemort i jego poplecznicy rośli w siłę. Śmierciożercy byli dosłownie wszędzie, mieli swoich szpiegów nawet w małych miasteczkach, jak w Pwllheli, na półwyspie Lleyn, tuż nad morzem. Od prawie czterech dni nic nie jadła, woda skończyła się jej poprzedniego ranka i chcąc nie chcąc, musiała wyjść z kryjówki do miasta. Harry szedł kilka metrów dalej, za nią i był jej wsparciem, w razie kłopotów. Natomiast Ron został w kryjówce i zajmował się planem. Był świetnym strategiem i jego zadaniem było spróbować odkryć, gdzie mógł znajdować się kolejny horkruks.

Ona i Harry byli pod wpływem eliksiru wielosokowego. Hermiona przybrała postać kobiety grubo po 50, niskiej blondynki o włosach przyprószonych siwizną, natomiast Harry zmienił się w grubego, starego mężczyznę chodzącego o lasce. Hermiona szła przed siebie nie rozglądając się na boki. W tym miasteczku znajdowali się Śmierciożercy. Mogli się teleportować, owszem, spróbować pójść gdzieś indziej, ale to nie miało sensu, ponieważ oni byli wszędzie. Rozleźli się po Wielkiej Brytanii i Europie jak karaluchy. Dlatego zaryzykowali. Nie mieli wyjścia.

Nikt cię nie widzi. Nikt się na ciebie nie patrzy.... Szeptała w myślach te zdania jak uspokajającą mantrę. Szła ze wzrokiem wbitym w ziemię. Eliksir wielosokowy, który niestety powoli przestawał już działać. Wiedziała, że mieli jakieś dwadzieścia minut, żeby się gdzieś zaszyć, zanim się przemienią. Nie mieli kolejnej dawki. Wszystko się kończyło, a szczególnie eliksiry i składniki do nich. Ron miał zrobić zamieszanie za godzinę, żeby ona i Harry mogli się wyślizgnąć z miasteczka niezauważenie.

Nie mogli się teleportować pod jeden, jedyny sklep w miasteczku. Śmierciożercy od razu by się zlecieli jak szarańcza. I chociaż Hermiona była doskonała w zaklęciach, nie daliby rady ujść z życiem z takiej zasadzki. Musieli więc przejść pieszo, nie mogli ryzykować. Był grudzień i chłodny wiatr przeszywał ją na wskroś, drżała lekko zimna.

W końcu dotarli do sklepu. Harry został na zewnątrz, w ciemnej alejce, a Hermiona weszła do środka. Pospiesznie zrobiła zakupy, kupując najpotrzebniejsze produkty, które szybko się nie psuły. Obsługujący ją młody czarodziej uważnie jej się przypatrywał, kiedy wyciągała z portmonetki odpowiednią sumę pieniędzy. Skądś go kojarzyła, ale starała się na niego nie gapić. Chłopak w ciszy zaczął wyliczać jej resztę, powoli. Dziwie powoli.

Poznała go, to Mathias, był Puchonem, dwa lata od niej starszy. Grał na pozycji szukającego w drużynie Hufflepuffu. Skończył więc już Hogwart i dlatego nie mogła go poznać, nie widziała go od ponad dwóch lat.

-To nieodpowiednie miejsce dla takich kobiet jak pani, nie o tej porze. Dochodzi 23. -Powiedział cicho, jakby beztrosko.

Hermiona zmarszczyła brwi i odebrała od chłopaka resztę, schowała je do portmonetki. W czasie, kiedy chowała pieniądze, jasnowłosy chłopak pisał coś na pergaminie znajdującym się na blacie.

-Dobrze, młody chłopcze. -Odpowiedziała siląc się na wesoły ton głosu. -Już wracam do domu.

Hermiona miała już się odwrócić i odejść, kiedy nagle chłopak złapał ją mocno za ramię. Uniosła głowę i spojrzała na niego, a on bez słowa, z szeroko otwartymi oczami kiwnął głową w dół, na pergamin.

"Uciekaj. Wiedzą o Tobie. Wszędzie są szpiedzy, a w sklepie jest podsłuch. Kobieta, w którą się wcieliłaś została zamordowana dwa dni temu przez Bellatrix. "

Hermiona zachowała zimną krew, chociaż zbladła i zacisnęła mocniej palce na siatce. Mathias wiedział, że nie była tą kobietą, ale raczej nie zdawał sobie sprawy, że była Hermioną. Chyba, że.... Dotknęła swoich włosów. Loki. Ponownie miała loki. Eliksir przestawał działać. Zdecydowanie za wcześnie, więc któryś ze składników musiał być trefny.

Mathias kiwnął głową bez słowa i podsunął w jej stronę pieniądze, którymi zapłaciła. Oddawał je. Wiedział kim była.

Dziewczyna poruszyła ustami w nieme "Dziękuję", a potem pospiesznie wzięła pieniądze, mocniej złapała siatkę z zakupami i wybiegła ze sklepu. Udała się w stronę zaułka, w którym czekał Harry.

Nagle na ulicę zaczęli teleportować się Śmierciożercy. Dziesiątki popleczników Voldemorta.

-Zabić zdrajcę! -Krzyknął jeden z zakapturzonych mężczyzn i pobiegł w stronę sklepu. -Puścił wolno Granger!

-Zabić wszystkich! Czarny Pan będzie zadowolony! -Wrzasnął drugi z histerycznym śmiechem. -Wszyscy zdradzili! Mieli złapać Pottera! Oni gdzieś tu są! Znaleźć ich!

Nie odwracała się za siebie, biegła dalej. Eliksir przestawał działać, ale był środek nocy i miała nadzieję, że nikt jej nie pozna. Inaczej wszyscy, dosłownie wszyscy rzucą się na nią.

Jednak zanim przemieniła się całkowicie nagle zgasły wszystkie lampy na ulicy. Zapadła całkowita ciemność, a ona biegła na oślep. Śmierciożercy rzucali przekleństwami, posyłali śmiertelne zaklęcia na wszystkie strony, zaczęli wchodzić do domów czarodziei, a nad budynkami pojawiały się mroczne znaki. Wszędzie słychać było krzyki przerażonych ludzi. W oknach domów, nad którymi lśniły znaki widziała jak Śmierciożercy torturują czarodziei, ale także czarownice oraz dzieci. Jeden z nich zaklęciem obdzierał ze skóry zaledwie kilkuletniego chłopca. Hermiona poczuła jak żółć napływa jej do ust, zwymiotowałaby, ale nie miała czym. Z trudem się nie rozpłakała i nie pobiegła pomóc chłopcu. Malec szybko zmarł, jego cierpienie trwało krótko, tym się pocieszała. Nigdy nie zapomniała tamtego widoku.

Nie mogła się załamać. Nie teraz. Nie mogła. Nie mogła. Jeszcze nie czas.... Musiała znaleźć przeklęte Horkuksy, żeby Harry zabił Voldemorta, tego sukinsyna, wtedy ci wszyscy dranie zostaną zamknięci w Azkabanie.

Wiedziała, że nie powinna się odwracać. Powinna biec przed siebie, cały czas. Ale nie mogła. Stanęła w miejscu i odwróciła się. To, co ujrzała, potem często nawiedzało ją w koszmarach. Podobnie jak scena z tamtym chłopcem.

Przy sklepie było widniej niż na ulicy, ponieważ nad domami wokół niego unosiły się jasno lśniące mroczne znaki symbolizujące śmierć domowników.

Mathias stał przed budynkiem z różdżką wycelowaną w jedną z lamp. To on je ugasił. Ponownie jej pomógł. Jeden ze Śmierciożerców dopadł do niego i rzucił w niego zaklęciem. Mathias krzyknął z bólu, wypuścił z dłoni różdżkę, jego szata się rozerwała i jego jelita zaczęły same opuszczać jego brzuch, owijały się wokół jego dłoni i nóg, tworząc chorą imitację marionetki. A Śmierciożerca bawił się w lalkarza torturując Mathiasa. Chłopak patrzył w stronę Hermiony, z twarzą wykrzywioną bólem.

Jego piekło trwało krótko, zaledwie sekundy, zanim wyzionął ducha. Jednak zanim to zrobił, ułożył usta w jedno słowo. Słowo, dzięki któremu Hermiona ruszyła się z miejsca i wyrwała się ze szpon oszałamiającego poczucia winy, bólu i przerażenia.

"Biegnij"

Hermiona ze łzami w oczach odwróciła się i biegła dalej, wpadła prosto w czyjeś ramiona. Z krzykiem sięgnęła po różdżkę mając zamiar rzucić na napastnika klątwę, ale nie zdążyła. Czarodziej wyrwał jej z dłoni różdżkę, a potem mocno ją złapał. Hermiona nie wiedziała jakim cudem nie była w szoku, jak to się stało, że dalej była w stanie walczyć. To chyba tylko wściekłość i chęć zemsty, chęć pomszczenia wszystkich zabitych w wojnie ludzi dawała jej siły.

-To ja, Hermiono. Zmywamy się stąd.

Poznała Harry'ego i poczuła sztuczny, kruchy spokój.

Teleportacja była głupotą, ponieważ wtedy ich wykryją, ale nie mieli wyjścia. Nie mogli pozwolić, żeby Ron wszedł do miasteczka, w którym trwała rzeź. Teleportowali się niedaleko kryjówki, wbiegli pod pole ochronne zaklęć, a sekundę potem wokół pola zaczęli pojawiać się Śmierciożercy, rozochoceni przez mieszkańców miasteczka. Nagle przypomniała sobie coś, czego wcześniej nie zarejestrowała, co jej umysł przytłumiony adrenaliną chował przed nią. Na jednego ze Śmierożerców wpadł nagle inny, który dopiero co się teleportował. Tamtemu młodszemu spadła maska z twarzy. A ona go rozpoznała, chociaż dopiero po kilku latach. I dopiero wtedy sobie o tym przypomniała, pomimo tego, że śniła o tamtej nocy setki razy.

Draco.

Hermiona obudziła się krzykiem i ze łzami na policzkach. Trzęsąc się objęła się ramionami i szlochała kiwając się w przód i tył. Jej złamane wcześniej serce rozdzierał przeraźliwy ból. Nigdy wcześniej nie śniła o tamtej nocy z tak wieloma szczegółami. Nigdy wcześniej nie mogła ujrzeć w snach dokładnie twarzy młodego Śmierciożercy, który brał udział w rzezi.

I naprawdę wolałaby nigdy się tego nie dowiedzieć.
_______________________

Jak się Wam podoba rozdział?  :D